#PlasticFreeJuly 2019 – Dzień 14. Łazienka bez plastiku – dezodoranty.

Kiedy wchodzisz do drogerii albo do supermarketu i udajesz się do alejki z dezodorantami, możesz dostać zawrotu głowy od ich ilości. Są dostępne w wielu różnych formach: w aerozolu, w sztyfcie, w kremie, w kulce. Pamiętam z czasów podstawówki, jak koledzy robili sobie żarty, biegali do kiosku i pytali: “Dzień dobry, czy są “fawkulce”?”. Biednie panie ekspedientki nie miały pojęcia, o co chodzi, a chłopcy mieli ubaw. Chodziło oczywiście o dezodorant “Fa” w kulce 😉 Ta forma i ta marka przetrwały do dzisiaj, a z biegiem czasu pojawiało się wiele różnych wynalazków i nowych marek, zdecydowana większość zapakowana w plastik.

Przetestowałam chyba wszystkie możliwe dezodoranty, z mniejszym lub większym zadowoleniem. Jak pisałam już kilkukrotnie, wiele lat temu zaczęłam zwracać uwagę na składy. Jeden z pierwszych szkodliwych składników, o których usłyszałam, tuż po parabenach, SLS, formaldechydach i oleju mineralnym, to był podstawowy składnik każdego antyperspirantu, a mianowicie sól aluminium, czyli chlorek glinu (INCI: Aluminium chlorhydrate lub Aluminium chloride). Na temat tej substancji jest wiele sprzecznych informacji i przyznam szczerze, że nie mam 100% przekonania odnośnie jej szkodliwości. Podobnie jak z fluorem w paście do zębów. Wychodzę jednak z założenia, że jeśli dostępne są badania potwierdzające szkodliwość dla zdrowia, to na wszelki wypadek wolę unikać takiego składnika, jeśli tylko dostępna jest dla niego jakaś alternatywa. Oczywiście, można by doszukiwać się tu teorii spiskowych producentów dezodorantów nie zawierających soli aluminium, że lobbują na rzecz swoich produktów i sponsorują raporty medyczne 😉 Jak zawsze, zalecam zdrowy rozsądek i przede wszystkim dogłębne analizy opracowań naukowców, zarówno te za, jak i przeciw. O soli aluminium będę pisała w artykule na temat szkodliwych składników, który ukaże się w sierpniu, chociaż być może poświęcę mu osobny wpis, jako że to jest rozległy temat.

Warto wspomnieć o różnicy między dezodorantem z anyperspirantem, bo wiele osób jest przekonanych, że to to samo, a tak nie jest. Przeczytałam jakiś czas temu, że antyperspirant działa na przyczynę pocenia, a dezodorant na jego skutek i jest do bardzo trafne stwierdzenie. Pocenie się to natualna funkcjonalność naszego organizmu. Pot sam w sobie nie ma żadnego zapachu, dopiero w kontakcie z bakteriami znajdującymi się na naszej skórze zaczyna wydzielać nieprzyjemną woń. Jej intensywność zależy od wielu czynników, m.in. od stanu zdrowia, hormonów, warunków klimatycznych, a nawet diety. Intensywność pocenia się jest często zwiększona poprzez wysoką temperaturę, ale też i pod wpływem emocji w stresujących sytuacjach.

Dezodorant ma za zadanie usuwanie czy też maskowanie potu, który już został wydzielony przez nasz organizm. W swoim składzie ma nie tylko kompozycje zapachowe, ale też i substancje, które niszczą rozkładające pot bakterie. Dodatkowo producenci często wzbogacają go również składnikami łagodzącymi podrażnienia takimi jak np. aloes (na pewno zdarzyło Ci się trafić na reklamę informującą o tym, że możesz używać dezodorantu nawet bezpośrednio po goleniu). Spora część dezodorantów ma w składzie alkohol, który może podrażnić skórę, lepiej więc ich unikać. Jako, że dezodorant nie hamuje wydzielania potu, uczucie dyskomfortu w postaci wilgotnych pach niestety pozostaje.

Antyperspirant ma za zadanie przede wszystkim blokowanie lub ograniczanie wydzielania potu i takie działanie ma właśnie sól aluminium. Dzieje się to poprzez zatrzymanie rozmnażania się bakterii żywiących się potem, jak również poprzez obkurczanie gruczołów potowych. Często możemy trafić na informacje mówiące, że antyperspirant blokuje pory, przez które wydostaje się pot, ale kiedy zagłębisz się w temat to znajdziesz bardziej precyzyjne opisy jego działania z których wynika, że zwęża pory, przez co ogranicza ich działanie. Podobnie jak dezodorant, również zawiera kompozycje zapachowe i łagodzące podrażnienia.

Niezależnie od tego, czy mówimy o dezodorancie, czy też o antyperspirancie, dotyczy ich wspólny problem, a mianowicie opakowanie, które w zdecydowanej większości jest tworzywa sztucznego, nie zawsze łatwego do ponownego przetworzenia. Ostatnio podczas warsztatów jeden z uczestników powiedział, że przecież można kupować dezodorant w aerozolu, bo jego opakowanie to głównie metal/aluminium, a plastikowe elementy to tylko dodatek. To wcale nie jest dobre rozwiązanie. Nie dlatego, że wciąż pokutuje przekonanie, że zawiera on freon, który jest odpowiedzialny za dziurę ozonową. Już w w 1987 r. wprowadzono na świecie zakaz stosowania freonu w aerozolach. W Polsce obowiązuje Ustawa o postępowaniu z substancjami zubożającymi warstwę ozonową (SZWO) z 2001 r., która wprowadziła zakaz emisji freonów do atmosfery oraz nakaz ich odzysku. Problem w tym, że opakowania po jakimkolwiek aerozolu nie można wyrzucić do jakiegokolwiek pojemnika do recyklingu, tylko należy go oddać do PSZOK-u, czyli punktu selektywnej zbiórki odpadów. Jako ciekawostkę powiem (bo mało osób jest tego świadoma), że tak samo należy postąpić z butelką po oleju spożywczym…

Jakie zatem są alternatywy dla dezodorantów w plastikowym opakowaniu lub w aerozolu? Wbrew pozorom jest ich naprawdę sporo i możesz znaleźć dezodorant w:

  • metalowej (aluminiowej) puszce
  • kartonowej tubie
  • szklanym słoiczku
  • szklanej butelce w sprayu (którą możesz potem wykorzystać do innych celów)
  • w kamieniu, czyli ałun

Przetestowałam wszystkie powyższe opcje, więc mogę Ci powiedzieć zarówno o zaletach, jak i wadach.

Najmniej popularne są dezodoranty w szklanej buteleczce z atomizerem. Niektórzy chwalą sobie najprostszą formę takiego dezodorantu, a mianowicie wodę (oliwę) magnezową. Ja dodawałam do niej kilkanaście kropli lawendowego olejku eterycznego, bo lubię, jak dezodorant pachnie. Skuteczność? Jak dla mnie bez rewelacji, na dodatek płynna formuła, za którą nie przepadam. Zdecydowanie wolę “suchą” konsystencję, taką jak antyperspirant w sztyfcie, ewentualnie kremową.

Już ponad pięć lat temu testowaliśmy w domu przez jakiś czas ałun, czyli naturalny dezodorant w postaci “kryształu”. Jest bardzo wydajny i używa się go w dość specyficzny sposób, a mianowicie zwilża ten kamień wodą i pociera pachę. Działał średnio skutecznie, w gorące dni kiepsko, a na dodatek jest bezzapachowy, co dla mnie odpada, bo dezodorant musi pachnieć 😉 Domownicy też nie wykazali zachwytu ałunem. Zmienił więc zastosowanie na tamowacz krwi podczas golenia u mojego męża, bo do tego naprawdę dobrze się nadaje. Zużyliśmy cały, a dopiero po jakimś czasie odkryłam, że to jest sól aluminium w czystej postaci…

Półtora roku temu trafiłam na dezodorant w szklanym słoiczku polskiej marki “Simple as that” w wersji monoi + neroli. Zapach totalnie nie przypadł mi do gustu, ale to indywidualna kwestia. Konsystencja, sucha z bardzo wyczuwalną pod palcami sodą oczyszczoną również. Błyskawicznie skamieniał do tego stopnia, że żeby go wydobyć z malutkiego słoiczka, trzeba było skrobać. Soda pod paznokciami to niezbyt przyjemne uczucie… Skrobanie patyczkiem jako alternatywa się też nie sprawdziło, bo ta skamieniała formuła po prostu się nie nadawała do aplikacji. Za standardową cenę 39 zł za 30 ml oczekiwałam dużo więcej… Poza tym producent podaje, że ten słoiczek powinien starczyć na 3-4 miesiące codziennego stosowania. Nie wiem, jakim cudem, nawet jeśli zawartość by nie skamieniała.

Swego czasu popełniłam błąd i pod wpływem bardzo dobrych opinii o dezodorantach w kartonowych tubach kupiłam na targach cztery różne rodzaje, zwłaszcza że była na nie świetna promocja, a standardowo są w wysokiej cenie. Uradowana obdarowałam nimi moich mężczyzn, po czym sama przystąpiłam do testowania. Na pierwszy ogień poszedł dezodorant marki “We love the planet”. Pierwsze i kolejne wrażenie – beznadzieja… Po pierwsze, konsystencja takiego dziwnego, gęstego mazidła z wyczuwalnymi drobinkami sody oczyszczonej. Podczas aplikowania go na skórę odpadały kawałki, a potem “ślimaczyły” się na obrzeżach tuby. On nie ma wykręcanego mechanizmu, jak w plastikowych sztyftach, więc wypychasz go na powierzchnię palcem od spodu, ale potem musisz go wepchnąć palcem od góry. Widać to trochę na tym zdjęciu (dezodorant z prawej strony).

Na drugi ogień poszła tuba z dezodorantem marki “Ben & Anna”. Ten się nie śmiaczył, ale z kolei miał zbyt suchą konsystencję i trudno było go rozprowadzić pod pachami. Moi panowie mieli taką samą opinię, na dodatek dla nich zapachy były zbyt subtelne, więc oddali mi swoje dwie tubki ze stwierdzeniem, żebym sama sobie je używała 😉 Z wpychaniem do środka dużo lepiej, ale i tak było upierdliwe. Jeżeli chodzi o skuteczność, to mam wrażenie, że “We love the planet” miał mimo wszystko lepszą.

Co ciekawe, dezodorant “We love the planet” w metalowej puszce jest sto razy lepszy. Świetna, kremowa konsystencja, delikatnie wyczuwalne drobinki sody oczyszczonej, bardzo dobrze się aplikuje, ma trwały, całkiem intensywny zapach, zwłaszcza w wersji lawendowej i miętowej. Nawet mój nastoletni syn jest z niego zadowolony 🙂

Kika miesięcy temu trafiłam na dezodoranty w kremie dwóch polskich firm, a mianowicie Naturologia (tej od mojego ulubionego szamponu w kostce) oraz Brooklyn Groove. Tego pierwszego jeszcze nie zużyłam do końca, więc opinię pozostawię na później, ale jak na razie dobrze się zapowiada. Brooklyn Groove bardzo szybko zyskał moje uznanie 🙂 Ma świetny skład, dobrą, kremową konsystencję i bardzo ciekawy kolor dzięki zawartości węgla aktywnego. Od razu uspokajam, że nie zostawia żadnym plam nawet na białych ubraniach 🙂 Ma bardzo przyjemny, świeży zapach (moja wersja to Węgiel i Limonka). Konsystencja jest na tyle dobra, że bez problemu nabiera się go na palec, nie trzeba używać żadnego patyczka czy szpatułki. Zachowuje właściwości nawet podczas gorących dni 🙂 Producent podaje, że wystarczy nałożyć ilość wielkości ziarenka groszku, ale ja daję trochę więcej 😉 Tak oto wygląda:

Chciałabym zwrócić Twoją uwagę na jedną istotną kwestię, a mianowicie na zawartość sody oczyszczonej w dezodorantach. Soda może podrażniać, zwłaszcza na początku. Tak było w moim przypadku. Przy pierwszym takim dezodorancie po dwóch dniach miałam zaczerwienione i trochę piekące pachy. Odstawiłam dezodorant na kilka dni i spróbowałam ponownie. Pierwszego dnia miałam ponownie podrażnienie, ale bardzo delikatne, potem już nie. Skóra musi się przyzwyczaić do sody oczyszczonej, ale może być też tak, że nie będziesz w stanie używać dezodorantów z sodą w ogóle, znam takie osoby, choć to nie zdarza się zbyt często.

Każdy poci się na swój własny sposób, jedni mniej, inni bardziej. Choć ja osobiście nie mam problemu z nadmierną potliwością, to muszę szczerze przyznać, że mimo wszystko nie znalazłam żadnej, równie skutecznej alternatywy jak antyperspirant, zwłaszcza w naprawdę upalne dni. Dwa powyżej opisywane dezodoranty, z których jestem naprawdę zadowolona, czyli We love the planet w puszce i Brooklyn Groove w kremie to nie antyperspiranty i nigdy nie będą hamowały wydzielania potu. Lojalnie uprzedzam, żeby nie było potem pretensji 😉

Gdybym miała wybrać jeden z opisanych wyżej dezodorantów? Byłby to Brooklyn Groove z dwóch powodów. Jest równie skuteczny (a może nawet bardziej) jak We love the planet, a kosztuje dużo mniej, bo jego standardowa cena to 25 zł (za tyle kupowałam We love the planet w jakiejś super promocji na targach, jego standardowa cena to aż prawie 48 zł!) Po drugie, jest to produkt polskiej firmy, a jak wiecie ja lubię wspierać zwłaszcza małe, rodzinne polskie firmy. Poza tym wydaje mi się, że jest bardziej wydajny.

Mam w planach zrobienie samodzielnie dezodorantu w kremie, ale raczej w odległej przyszłości, bo najpierw chcę zużyć wszystkie dezodoranty, które jeszcze mam w domu. Jeśli jednak go stworzę, to oczywiście podzielę się wrażeniami, jak również przepisem 🙂

Tymczasem życzę Cię znalezienia takiego dezodorantu w innym opakowaniu niż plastikowe, który spełni Twoje oczekiwania 🙂 Jeśli trafisz na taki, którego tutaj nie uwzględniłam, to koniecznie podziel się nim w komentarzu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *