#PlasticFreeJuly 2019 – Dzień 25. Zwierzęta bez plastiku.

Jestem szczęśliwą posiadaczką psa i dwóch kotów. Pies ma na imię Tenshi (wym. Tensi), a koty to Bolek i Lolek. Tak się złożyło, że wszystkie to rudzielce 🙂

Zwierzęta były obecne w moim życiu odkąd tylko pamiętam. Znosiłam do domu pisklaki, które wypadły z gniazda, zapchlone i zakatarzone kociaki znalezione w podwórkowych piwnicach, podstępem sprowadzałam koty i psy ku rozpaczy mojej mamy 😉 Miałam ukochanego czarnego kocura o imieniu Lucyfer, który z racji na swój kolor był przez niektórych uważany za pechowego, czego nigdy nie mogłam zrozumieć, ale ja do przesądnych nie należę. Uwielbiał pić kawę z mlekiem i kiedy odrabiałam przy biurku lekcje, to zwisał na mojej szyi niczym szalik 🙂 Przez kilka lat, już w dorosłym życiu, miałam nawet hodowlę kotów. Nigdy więcej 😉

Jakiś czas temu przeczytałam, że jeśli ktoś chce być naprawdę zero waste, to nie powinien mieć żadnych zwierząt w domu ani… dzieci. Choć to bardzo kontrowersyjne i nawet nie zamierzam tego komentować, to muszę przyznać, że dzieci wytwarzają znacznie więcej plastikowych odpadów niż zwierzaki 😉 Skoro mam i zwierzęta, i dziecko, to wciąż poszukuję nowych i lepszych rozwiązań na ograniczanie plastiku w tych dwóch obszarach mojego życia.

Karma dla zwierząt

Nie widziałam jeszcze paczkowanej karmy, która byłaby zapakowana w inne tworzywo niż plastik. Ja od zawsze karmiłam swoje zwierzęta głównie suchą karmą. Pies dostaje od czasu do czasu kości i świeże mięso, które jestem w stanie kupić do własnych opakowań. Najprostszym rozwiązaniem, które przychodzi do głowy jest kupowanie suchej karmy na wagę, ale przyznaję szczerze, że ja tego nie robię z trzech powodów:

  1. Po pierwsze, nie wiem kiedy taki worek z karmą w sklepie został otworzony. Zwietrzała i zakurzona karma nie jest odpowiednim pożywieniem dla zwierzaka, który żywi się głównie takim jedzeniem.
  2. Po drugie, mam mocno ograniczony wybór karm na wagę i jestem zmuszona do kupienia marki i rodzaju karmy, którą narzuca mi właściciel sklepu.
  3. Po trzecie, karma na wagę jest droższa od tej, którą kupuję jednorazowo w hurtowej ilości.

Mój pies zjada miesięcznie około 12-15 kg karmy, czyli jeden duży worek. Podobną ilość karmy zjadają moje dwa koty mniej więcej co trzy miesiące. Tak więc każdego miesiąca opróżniam przynajmniej jeden duży worek plastikowy. Na takim worku albo w ogóle nie ma informacji, z jakiego rodzaju tworzywa sztucznego jest zrobiony, albo jest oznaczenie z numerem 7, co oznacza ogólną kategorię “inne”, czyli w nie wiadomo co. Do tej kategorii zaliczają się zarówno niebezpieczne w kontakcie z żywnością plastiki zawierające BPA, czyli Bisfenol A, o którym pisałam tutaj, jak i bioplastiki, np. PLA czy tritan, który jest bezpiecznym dla zdrowia tworzywem pozbawionym BPA (wytwarza się z niego m.in. wielorazowe butelki na wodę i kubki termiczne). Właśnie z powodu tej niewiadomej opakowanie oznaczone siódemką nie nadaje się do recyklingu i w sortowni trafi najprawdopodobniej do spalarni.

Co zatem robię z takim workiem? Ponieważ jest sztywny, gruby i odporny na uszkodzenia, wykorzystuję go do zbierania odpadów zielonych z ogrodu, ale takich, które same są twarde i kłujące, np. połamane patyki, iglaste gałązki, szyszki czy łodygi róż. Przechowuję też w nich resztki albo mieszanki ziemi ogrodowej.

Pomimo, że mam świadomość niemożności powtórnego przetworzenia worków po karmie, nie zamierzam zmieniać tej formy opakowania na obecną chwilę, chociażby z opisanych wyżej powodów. Nikt mnie też nie przekona do samodzielnego przygotowywania jedzenia dla zwierząt w domu. To jest jedna z moich własnych granic zero waste, o których kiedyś na pewno napiszę. Ja mam wybór, więc można mnie za to hejtować, proszę bardzo, ale właściciele chorych zwierząt, które mogą jeść wyłącznie karmę weterynaryjną już nie. Taką karmę można kupić wyłącznie w plastikowym opakowaniu.

A jeśli w Twoim domu pojawią się w tajemniczych okolicznościach smakołyki dla psa czy kota w kubełku plastikowym, to zamiast je wyrzucać do recyklingu, może znajdziesz dla niego inne przeznaczenie, w myśl jednej z zasad zero waste, czyli “Reuse”? U mnie sprawdziło się w nietypowej roli 😉

Zabawki dla zwierząt

Dawno już przestałam kupować jakiekolwiek zabawki dla kotów. Kto ma kota ten wie, że myszki, zwłaszcza te futrzane, giną w domu w tajemniczych okolicznościach. Przez dwadzieścia lat posiadania kotów zniknęło u mnie tyle myszek, że gdybym je wszystkie odnalazła, to mogłabym otworzyć sklep zoologiczny z samymi myszkami 😉 Ulubionymi zabawkami moich kotów są: kulka z folii aluminiowej (już jej nie używam), kawałek papierka zwinięty w kulkę, wszelkie sznurki i tasiemki oraz orzechy w łupinach. Pod tym względem są bardzo ekonomiczne 😉

Pies jest bardziej wybredny. Kiedy pojawił się w naszym domu, ulegliśmy szaleństwu kupowania zabawek dla szczeniaczka. Ponieważ zaledwie w wieku kilku miesięcy miał dużą siłę, to potrzeba gryzienia związana z wymianą zębów błyskawicznie zakończyła żywot niejednej zabawki, na szczęście meble i buty pozostały nietknięte 😉 Te zabawki, które przetrwały, są wciąż ulubionymi i żeby było ciekawiej, są zrobione w całości lub w większości z naturalnych materiałów. Owszem, są dość mocno zmasakrowane po roku czy półtora, ale pies wciąż się nimi bawi. To są przede wszystkim wszelkiego rodzaju grube sznurki i gryzaki zrobione z bawełny, juty i grubych skór wypełnione sianem oraz kauczukowe piłki. Skarpety wypełnione ścinkami starych t-shirtów były fajne, ale zazwyczaj ulegały zniszczeniu nawet po kilku minutach zabawy 😉 Ze względów estetycznych nie wstawię tu zdjęć zabawek z naszego domu, tylko przykładowe znalezione w internecie (w sklepie Zooplus). Niestety, nie pamiętam nazwy polskiej firmy produkującej takie właśnie porządne zabawki dla psów, od której kupiliśmy ich kilka ponad rok temu na wystawie psów 🙁

Worki na zwierzęce odchody

O workach na “zwykłe” śmieci pisałam tutaj. Temat worków na odchody zwierząt jest wciąż gorący, o ile można tak powiedzieć 😉 W grupach zero waste’owych na Facebooku ciągle ktoś pyta o porady w tej kwestii. Uważam, że nie ma jednego rozwiązania dobrego dla wszystkich, jak z większością rozwiązań. Ja sama też nie znalazłam mojego złotego środka, więc mogę się jedynie podzielić moim doświadczeniem i podejściem, które chyba nie jest zbyt radykalne.

Obecnie używam biodegradowalnych i kompostowalnych worków na odchody psie i kocie. Nie tylko tych dedykowanych zwierzakom, ale również “kuchennych”, na odpady bio. Są wykonane z tego samego surowca, czyli ze skrobi ziemniaczanej:

Nie jestem zwolenniczką zakopywania psich odchodów w ogródku, co sugerują niektórzy zero waste’owcy. Owszem, mogłabym wyznaczyć do tego taki zakątek ogrodu, który nie ma styczności z jadalnymi roślinami czy kwiatami, ale nie chcę, żeby do gleby wnikały jakiekolwiek toksyczne, szkodliwe substancje. Poza tym przy tak dużym psie, jak mój, to szybko by mi zabrakło miejsca w ogrodzie 😉 Tak więc kupy z ogródka lądują w workach, podobnie jak te zebrane na spacerze.

Znajdziecie dużo sugestii używania gazet, tektury czy innego papieru z odzysku do zbierania psich kup na spacerze. U mnie się to kompletnie nie sprawdza przede wszystkim z dwóch powodów:

  1. Patrz wyżej, czyli duży pies = duże kupy. Chyba nie muszę tłumaczyć jak “niewygodne” jest zbieranie ich czymkolwiek papierowym, a tekturę też skądś musiałabym wziąć.
  2. W mojej okolicy prawie w ogóle nie ma koszy na śmieci! Jakiś czas temu pokusiłam się o obliczenie dystansu, który pokonałam z psem na spacerze i na odcinku prawie 2 km nie było ani jednego. OK, rozumiem, że szłam drogą przy lesie, ale porusza się nią sporo ludzi, nie tylko samochody. Wyobrażacie sobie taki spacer z gazetą z kupą w ręku? Nie, dziękuję… I tak mnie wkurza to, że nie mam gdzie wyrzucić po drodze worka z jego zawartością.

Żwirek do kuwety dla kotów

Tutaj sprawa jest dość prosta. Na rynku są szeroko dostępne ekologiczne żwirki, na dodatek pakowane w równie ekologiczne opakowania, chociaż teoretycznie najbardziej przyjazne środowisku opakowanie to takie, którego nie ma 😉 Najbardziej popularnym żwirkiem eko jest Cat’s Best Eko Plus:

Źródło: Cat’s Best

Ten żwirek zrobiony jest z odnawialnych surowców (włókien drewnianych) i jest biodegradowalny. Producent podaje, że można go spuszczać w toalecie, ale czytałam różne opinie wodociągów i wolę go wyrzucać do odpadów zmieszanych. Opakowanie tego żwirku jest zrobione w całości z papieru, co jest dużym plusem. Znajduje u mnie, podobnie jak worki po karmie, zastosowanie w ogrodzie 🙂

Środki pielęgnacyjne i lekarstwa dla zwierząt

Zawsze podchodziłam z rezerwą do wszelkich szamponów czy mydeł do mycia zwierząt, zdarzyło mi się kupić taki chyba raz w życiu. Jeśli zaistniała potrzeba wykąpania zwierzaka (a zdarzało się to bardzo rzadko), to robiłam to moim własnym mydle w płynie (a od wielu lat używałam organicznych, więc bezpiecznych bez toksycznych substancji) albo… w płynie do higieny intymnej. Nie wiem, co na to weterynarze, ale nigdy nie miałam żadnych problemów. Teraz użyłabym do tego mydła aleppo.

Kwestia lekarstw jest dla mnie bezdyskusyjna. Stosuję taką samą zasadę, jak w przypadku medykamentów dla ludzi. Jeśli coś jest konieczne, żeby poprawić zdrowie zwierzaka (a czasem nawet i życie), to może być zapakowane w tonę plastiku, a ja nie będę miała nawet cienia wyrzutów sumienia, bo zdrowie jest dla mnie absolutnie priorytetowe.

A jakie Wy macie wyzwania związane ze zwierzakami?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *