Zero waste – jak to się u mnie zaczęło.

Od ponad 10 lat segreguję śmieci. W mojej rodzinie jest to tak naturalne, że nawet się nad tym specjalnie nie zastanawiałam i byłam przekonana, że robię coś dobrego dla środowiska. Dzisiaj śmieję się ze swojej naiwności.

Pamiętam, że pierwszy zimny prysznic pojawił się w 2012 roku, kiedy przeprowadziłam się z bloku do domu jednorodzinnego. Kiedy mieszkasz w bloku, to śmieci wyrzucasz bardzo często, czasami nawet codziennie. Nie widzisz, ile ich produkujesz w skali miesiąca. Jeśli segregujesz odpady, to plastiki też wynosisz regularnie do osiedlowego śmietnika. Kiedy jednak mieszkasz w domu jednorodzinnym, to worki z odpadami segregowanymi zabierane są co miesiąc. Tam gdzie mieszkam wszystkie odpady segregowane poza szkłem jeszcze do niedawna szły do jednego worka. Tak więc w tym czerwonym worku lądowały wszelkie tworzywa sztuczne (nazywam je dla uproszczenia plastkiem), metale i papier. Papieru nie wyrzucałam praktycznie w ogóle. Gazety kupuję sporadycznie, może kilka razy w roku, a wszelkie kartony, czy dokumenty przeznaczone do zniszczenia czekają u mnie w garażu na chłodniejsze miesiące, kiedy to służą za rozpałkę w kominku. Napojów w puszkach moja rodzina nie pije, czasem zdarzy się jakaś puszka metalowa po jedzeniu. Tak więc co najmniej 95% zawartości worków stanowiły plastiki. Pamiętam zdumienie, kiedy po raz pierwszy wystawiliśmy przed posesję nasz „urobek” i byłam w szoku, ile się tego nazbierało. Wtedy jednak uspokoiłam swoje sumienie, bo przecież wszystko segreguję, więc po problemie.

Kolejny zimny prysznic pojawił się około trzy lata później, gdzieś na przełomie 2015/2016 roku, kiedy to wystawiając worki kolejny miesiąc z rzędu dotarło do mnie, że ich ilość się podwoiła i oto stałam zszokowana patrząc na cztery wypełnione do pełna czerwone worki. „Jakim cudem?” pomyślałam i pamiętam, że zrobiłam zdjęcie telefonem, żeby mieć motywację, że muszę coś z tym zrobić. Wtedy właśnie rozpoczęłam moją prywatną krucjatę przeciw plastikowi, która trwa do dzisiaj i raczej szybko się nie skończy.

Te cztery worki zmobilizowały mnie do znalezienia odpowiedzi na pytanie co zrobić, żeby ograniczyć, a najlepiej całkowicie wyeliminować plastik. Przez ostatnie 4 lata poświęciłam na to setki godzin, a czasem i trochę łez, kiedy trafiałam na filmy dokumentalne pokazujące, jak gatunek ludzki niszczy naszą planetę i jak cierpią przez nas zwierzęta. Kiedy trafiłam na YouTube na wystąpienie Bei Johnson z 2015 roku podczas “Talks at Google” i zobaczyłam jej słynny już słoik ze śmieciami czteroosobowej rodziny, w którym to zmieściły się śmieci z całego roku, to nie mogłam uwierzyć, że to jest w ogóle możliwe. Moja rodzina potrafi przecież więcej wyprodukować w jeden dzień. Potem trafiłam na wiele innych filmów i innych osób udowadniających, że da się. Marzyły mi się sklepu typu bulk shop, gdzie wszystko można kupić na wagę i oto niewiele później mamy już takie sklepy w Polsce, a ruch zero waste stał się wręcz modny. Wciąż marzę o zmieszczeniu śmieci wyprodukowanych w ciągu roku przez moją rodzinę do jednego słoika i każdego dnia podejmuję świadome decyzje zakupowe, żeby zbliżyć się do tego celu choć o milimetr. Czasami robię krok do przodu, a kiedy indziej do tyłu, bo nie mam na wszystko wpływu, ale staram się kierować tymi słowami Anne Marie Bonneau:

“Nie potrzebujemy garstki ludzi stosujących zero waste doskonale, ale milionów robiących to niedoskonale.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *